GÓRALE Z KAMIENNEJ DOLINY

poniedziałek, 19 listopad 2012 00:00

Jest zupełnie ciemno, kiedy gdzieś z daleka słychać dzwonki owiec. Obok w szałasie – ciche nucenie pod nosem. Jeszcze długo przed świtem pasterze ze swoimi stadami ruszają na hale. Przetaczają się szybko doliną i po chwili zostaje w powietrzu tylko ich zapach. Zaraz potem wszystko cichnie i na moment wraca poranny spokój.

 

 


Jest zupełnie ciemno, kiedy gdzieś z daleka słychać dzwonki owiec. Obok w szałasie – ciche nucenie pod nosem. Jeszcze długo przed świtem pasterze ze swoimi stadami ruszają na hale. Przetaczają się szybko doliną i po chwili zostaje w powietrzu tylko ich zapach. Zaraz potem wszystko cichnie i na moment wraca poranny spokój.

 

Ognisko musi być już rozpalone, bo trzeba dużo popiołu. Valdeta coś sobie podśpiewuje i wylewa pierwszą warstwę ciasta do dużej formy. Dookoła jest jeszcze szarawo i zimno. Palce skostniałe, ale trzeba się spieszyć, żeby nie zepsuć. Na cieście ląduje pokrywa i wszystko przysypywane jest grubą warstwą gorącego popiołu. Zaczyna skwierczeć – to dobrze. Ten gruby góralski placek nazywają tu fli. Żeby go zrobić, trzeba od rana wylewać kolejne warstwy i zapiekać pod gorącym popiołem. Dobry placek to nawet kilkanaście warstw.
W końcu słońce przebija się przez szczyty i zaczyna rozgrzewać dolinę Valbone. Wszystko ożywa, robi się coraz cieplej. Szybkie śniadanie, kawa i górale ruszają do swojej roboty. Życie wciąż toczy się tu swoim starym rytmem, wyznaczanym przez przyrodę.

Biała Valbone

Już dość długo jedziemy tą kamienną doliną. Wszędzie ogromne, białe głazy, a z boków pionowe skały sterczące w niebo. W miejscach, gdzie robi się szerzej, od razu widać domy. Stoją porozrzucane bez żadnego planu. Zbudowali je po prostu tam, gdzie się dało. Wszystkie z kamienia, a zaraz obok nich pola uprawne. Rzekę mamy raz z lewej, za chwilę z prawej strony. Jest tutaj bardzo ważna – wiosną rozlewa się szeroko i użyźnia małe górskie poletka. Dzięki temu można zebrać plony z tej surowej gleby. Jednak jak ma kaprys, to niesie ogromne kamienie i niszczy wszystko na swojej drodze. Kilka lat temu zabrała ze swoim nurtem szkołę i kilka domów. Szkołę jednak przenieśli, a domy odbudowali – o tych góralach krążą legendy, to naprawdę twardzi ludzie, nie poddają się tak łatwo.
Dojechaliśmy tu od strony Macedonii. W naszym dzienniku mamy zapisane: „Zaraz za granicą macedońsko-albańską zaczynają się nowe bloki i stare drogi. Najnowsze modele samochodów jeżdżą po tych dziurach i szorują podwoziem po kamieniach. Lecą iskry. Stojące z boku krowy i kozy przyglądają się temu spokojnie. Wszystko to w jednym miejscu, obok siebie. Potem jeszcze mijamy rzędy ogromnych akwariów pełnych ryb, ustawionych wprost przy drodze i faceta, który na poboczu macha do wszystkich oprawionym królikiem. Można się zatrzymać i kupić. No i wszędzie lavazh – myjnia, w której czyszczą te swoje wypasione fury”.
Tak wyglądała ta droga, zanim dotarliśmy do Bajram Curri – ostatniego miasta przed górami. Pamiętam jeszcze prowizoryczne kopalnie chromu. Długie, zimne korytarze wykute w skałach i małe wagoniki, które pchają ludzie.
Dalej, za tym ostatnim miastem zaczyna się już świat górali. Ludzie żyją tam według swoich reguł. Wszystko zostało po staremu. Mówią też, że prawo klanowe obowiązuje do dziś.
W końcu dojeżdżamy do Valbone i stajemy. Dalej doliną jechać już się nie da. Przy drodze, na zwykłym kartonie lekko koślawymi literami ktoś napisał: „traditional food, cheese, beans, herbs”. Tablica stoi oparta o płot. Zaczynamy rozmawiać z Valdetą i nie pozwalają nam już odjechać, musimy zostać u nich. Wieczorem przy ognisku Rifat przynosi książkę Andrzeja Stasiuka „Dziennik pisany później” i zaczyna opowiadać. Jest przewodnikiem. Pokazuje w książce zdjęcia swoich sąsiadów, opowiada, jak chodzili ze Stasiukiem po górach. Pokaże nam tu wszystko.

Jak rodzina

Valdeta jest szczupłą, ładną brunetką. Rozmawiamy z nią po angielsku. Pytamy, gdzie się go nauczyła.
– Z telewizji – mówi. – Oglądam filmy i uczę się mówić.
Raimona, jej siostra, jest cicha i nieśmiała. Studiuje w Kosowie w Prisztinie – bo tam jest za darmo i wyższy poziom. Starszy brat, Rifat, pracował już chyba wszędzie, zna kilka języków, a teraz jest przewodnikiem po tych górach. Ojciec to bardzo spokojny człowiek o mądrym spojrzeniu. Obserwuje nas uważnie i prosi, żeby mu tłumaczyć, co mówimy. Mieszkają w tych górach od pokoleń. Tu się urodzili i wychowali. Tu jest ich dom i cała rodzina. Zresztą tu wszyscy są rodziną. Wszyscy się znają i pomagają sobie nawzajem. Tylko tak można przeżyć. My jesteśmy ich gośćmi.
– To też jak rodzina – mówią.
Dbają o nas jak o swoich. Będą naszymi przewodnikami. Będą nas gościć, gotować, opowiadać, tłumaczyć i pokazywać, jak żyją. Zupełnie bezinteresownie. Na koniec nie chcą wziąć od nas ani grosza – tak tu po prostu jest.

Knajpa

W Valbone nie ma prądu, a woda jest tylko ze studni. Jest jedna knajpa, gdzie przy żółtym świetle naftowych lamp wszyscy mężczyźni spotykają się wieczorami i głośno dyskutują. Zawsze się zastanawiałem, o czym oni mogą tyle gadać, cały czas potok słów. Knajpa to domena mężczyzn, kobiety mają dom. Taki podział.
Jest już późno, ale i tak wszyscy piją małymi łyczkami piekielnie mocne espresso, a do tego raki – albańską śliwowicę. My po całym dniu w górach siedzimy tu z Rifatem. Zmęczeni pijemy fernet i rozmawiamy.
– Zimą w ogóle nie da się dojechać – mówi Rifat i ciągnie dalej. – Pod koniec listopada śnieg zasypuje całą dolinę i przejazdu nie ma. Jesteśmy wtedy zdani tylko na siebie. I tak aż do marca. Trzeba mieć naprawdę ważny powód, żeby próbować dotrzeć do miasta. Nawet latem te kilkadziesiąt kilometrów po ogromnych dziurach to męczarnia. Można przejechać tylko terenówką. Niedługo mają zbudować drogę, wtedy pewnie dużo się zmieni – kończy i dopija swoją kawę dużym łykiem.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”

 

 

 


NIEPUBLIKOWANE FOTOGRAFIE