PADISZ - GÓRY SEROWE

poniedziałek, 24 wrzesień 2012 00:00

Idziemy urwiskiem ostro w dół. Odbijamy się od skał jak piłki, trzymając się mocno żelaznych łańcuchów. Słońce świeci w twarz. W końcu widać w dole czarną dziurę. Ześlizgujemy się ostrożnie do środka, ale i tak od razu wpadamy po pas do rwącego potoku. Zaraz potem przewracamy się na śliskich kamieniach. Panika. Adrenalina skacze. Jest zupełnie ciemno, woda lodowata, od razu wszystko przemaka. W końcu udaje się wymacać jakiś głaz na brzegu, wdrapujemy się. Odpalamy czołówki. O cholera, ale tu ładnie!

 

 

Idziemy urwiskiem ostro w dół. Odbijamy się od skał jak piłki, trzymając się mocno żelaznych łańcuchów. Słońce świeci w twarz. W końcu widać w dole czarną dziurę. Ześlizgujemy się ostrożnie do środka, ale i tak od razu wpadamy po pas do rwącego potoku. Zaraz potem przewracamy się na śliskich kamieniach. Panika. Adrenalina skacze. Jest zupełnie ciemno, woda lodowata, od razu wszystko przemaka. W końcu udaje się wymacać jakiś głaz na brzegu, wdrapujemy się. Odpalamy czołówki. O cholera, ale tu ładnie!

 

W zasadzie to do Padiszu (rum. Padiş) dotarliśmy przypadkiem. Po prostu pojechaliśmy kolejny raz na południe poszukać przygody. Minęliśmy Słowację, Węgry i gdzieś za Debreczynem odbiliśmy na Oradeę. Za granicą rumuńską krajobraz od razu zaczyna się zmieniać. Na Węgrzech jest płasko, a dookoła ogromne przestrzenie. Tu, w Rumunii, wszędzie góry. Zaraz horyzont robi się poszarpany i wszystko zaczyna falować. Jedziemy dalej. Małe pagórki rosną w oczach i teraz góry otaczają nas już ze wszystkich stron. Potężny łuk Karpat wciąga do środka. W Beiuş zatrzymujemy się, żeby zrobić zakupy. I kiedy na targowisku wybieramy te wszystkie marchewki, ziemniaki, jajka i cebule, na małym stoliczku obok zauważamy kilka rozrzuconych map. Zaczynamy grzebać, przeglądać, rozkładać. W końcu wkurzona Cyganka wyrywa nam to wszystko z rąk i, głośno mówiąc, co o nas myśli, podaje mapę najbliższej okolicy – gór Padisz. Bierzemy.
Płaskowyż Padisz wchodzi w skład gór Bihor. W zachodniej części rumuńskich Karpat to prawdziwa perełka. I co z tego, że nie ma tu majestatycznych szczytów, dużych wysokości i ekstremalnie trudnych tras. Te góry mają inny typ urody, kuszą i zachwycają – ale inaczej!
Patrząc na mapę, od razu mamy skojarzenie – dobry holenderski ser. Taki z dużymi dziurami. Góry, zbudowane z miękkich wapiennych skał, są po prostu podziurawione jaskiniami. Gdzie nie spojrzysz, jakaś peştera. Do tego jeszcze inne krasowe cuda – wąwozy, podziemne jeziora, wywierzyska, wodospady. No i ponory, w których znikają potoki. Wygląda to niesamowicie, rzeka płynie sobie doliną i nagle, ciach! Znika w szczelinie. Przeciska się podziemnymi korytarzami, długo krąży, by wypłynąć parę kilometrów dalej.
Padisz to ogromne zielone przestrzenie. Gęste lasy świerkowe poprzecinane są ogromnymi polanami, na których swobodnie biegają konie. Dookoła wszystko pachnie – kwiaty, maliny, borówki, grzyby. Po prostu Polana Kwiatów – Poiana Florilor – tak to nazwali Rumuni.

Wszyscy mówią o niedźwiedziach

Ta okolica słynie z niedźwiedzi. Już w Beiuş na targu wszyscy nam o nich opowiadali. Nie o tym, że niebezpiecznie w górach, ale o historii, która wydarzyła się bardzo dawno, ponoć ponad 15 tysięcy lat temu. Kilka razy słyszeliśmy Peştera Urşilor. Powtarzali nam, że do Jaskini Niedźwiedziej musimy pojechać na pewno.
Na mapie to miejsce jest zaznaczone wyraźnie, prawie na końcu wiejskiej drogi. Trzeba tylko z głównej szosy odbić na Pietroasę i gdzieś po pięciu kilometrach skręcić w prawo. Droga dalej wije się przez malutkie wioski. Są sianokosy, więc ludzie z kosami i grabiami na plecach idą na swoje pola. Przejeżdżamy jeszcze przez Chişcău i jesteśmy na miejscu. Stąd już tylko krok w góry Padisz. Ta jaskinia to taka brama wjazdowa. Pierwsze mocne wrażenie.
Ciepło się ubieramy i ruszamy długimi korytarzami, uważnie się rozglądając. W tej ogromnej jaskini wszystko oświetlone jest lekkim żółtawym światłem. Dookoła z pochyłych ścian i sufitów wyłaniają się powykręcane kształty. Wszędzie stalaktyty i stalagmity. Ich wiek oceniany jest na 50 tysięcy lat. A na końcu tych korytarzy, w małej wnęce leży olbrzymi szkielet niedźwiedzia jaskiniowego. Wyobraźnia działa. Zresztą tych szkieletów odkryto tu około 140. Niedźwiedzie zamieszkujące jaskinię zostały uwięzione w środku przez ogromny głaz. Po prostu spadł i zamknął wejście. Zwierzęta długo pożerały się nawzajem, aż wyginęły wszystkie. Dlatego właśnie miejsce uważane jest za najpiękniejszą rumuńską jaskinię i nazywane Jaskinią Niedźwiedzią.

Namiot na polanie

Chszluuup, chszluup, chszlup... W nocy budzi nas głośne chlipanie i odgłosy dzwonków. Wypadam z namiotu, za późno. Krowy wypiły całą wodę z kociołka i zjadły też dość dużo naszych zapasów. To jedyny minus tej polany, reszta jest wspaniała.
W rejonie Padiszu jest kilka dobrych baz wypadowych. Schroniska Vărăşoaia, Bulz, Padiş czy Boga. Można zrobić plan. Przeanalizować mapę i w kilka dni, może tydzień, przejść całym pasmem. Jednak chyba najlepszy pomysł to po prostu rozbić namiot pośrodku tych zielonych pagórków i nieśpiesznie poznawać okolicę. My wybieramy piękną, położoną prawie na 1300 m n.p.m. polanę w okolicach schroniska Padiş. Miejscowi górale docierają tu szybkim marszem z Pietroasy w cztery godziny. Można też próbować złapać na stopa jednego z tych szalonych górskich kierowców, którzy jeżdżą starymi terenowymi ładami. Albo swoim samochodem przedostać się tą krętą drogą, omijając wszystkie przeszkody. Emocji na pewno będzie dużo.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”  (Październik 2012)

 

 

 

 

kilka niepublikowanych zdjęć