STROICIEL LASU

środa, 16 luty 2011 00:00

Nie jest to książka o psach, choć to właśnie pies jest narratorem. No i często, jako uzupełnienie opowieści o M, narrator dodaje swoje psie wynurzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie jest to książka o psach, choć to właśnie pies jest narratorem. No i często, jako uzupełnienie opowieści o M, narrator dodaje swoje psie wynurzenia.

 

Już na pierwszych stronach powieści pojawia się zarzut, który powinien, nam ludziom, dać do myślenia:

 

„Naprawdę, drodzy państwo, uważacie, że psy nie myślą i nie potrafią wypowiedzieć ani słowa? A zajrzeliście kiedyś w oczy suce bernardyna, takiej z kilkorgiem małych ssaków koło brzucha? Albo zwykłemu powsinodze z wyschniętym rzepem na ogonie? Nie owczarkowi czy szpicowi, arystokratom psiego świata, lecz właśnie kreaturze z podkurczoną łapą, arcykundlowi bez obroży! I co? Nie dostrzegliście w jego ślepiach śladu duszy?

(...) Czasem wydaje się, że wreszcie coś powiedzą, lecz koniec końców zaciskają zęby, bo mają dziwną do was dziwną słabość. Po prostu nie chcą wam odbierać satysfakcji z tego, że niby to jesteście wyjątkowi w skali galaktyki – z tym waszym nadzwyczajnym darem słowa, cudem mowy...”

 

 

Prawda, że zastanawiające?

 

 

Pojawiają się też psie historie – jeśli ktoś ma lub miał psa, z pewnością to zna. Nie będziemy tu zdradzać pewnych faktów, gdyż opowiadane jest to na stronie 184, kiedy to dużo się podziało, ale główna myśl pozostaje.

 

 

„Koło drugiej przeniósł mnie na tapczan. Zawsze chciałem się dostać do tego raju. Wyczyniałem różne cuda, żeby wreszcie tam się znaleźć, choć wiedziałem, że nie wolno, nie i koniec. Zwykle próbowałem wykorzystać porę porannego zamyślenia (...), kiedy sublokator pani Kosakowej leżał zatopiony w rozważaniu najważniejszych kwestii tego świata.

A robiłem tak, że najpierw przybierałem nadzwyczajnie obojętną minę, opierałem na posłaniu przednią łapę, czekałem minutę, aby uspokoić sytuację, no i kładłem łeb, niewinnie, że to niby tak przypadkiem, nie ma sprawy i w ogóle. Potem dokładałem drugą łapę i znowu czekałem, już dłużej, bowiem w tej zaawansowanej fazie akcji byłoby niedobrze stracić wszystko, co udało się uzyskać do tej pory. Zbierałem się w sobie i bardzo ostrożnie wtryniałem na tapczan jedną z tylnych łap, zazwyczaj lewą. Oczywiście znowu zastygałem nieruchomo, z zamkniętymi powiekami, żeby mnie nie było widać. Tylko to zdradliwe serce stukało jak młotek. W finałowej fazie akcji dociągałem do tułowia czwartą łapę. I wtedy M wołał:

- Gdzie pies się ładuje? Już, choda!”

 

 

Marek Stokowski, Stroiciel lasu. Wyd. MULTICO Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2010