JEDYNY NA ŚWIECIE ŻEŃSKI KLASZTOR STAROWIERCÓW

środa, 18 listopad 2009 00:00

Historia zaczyna się w XVII wieku w Rosji. Nikon – patriarcha kościoła prawosławnego - w 1652 roku zaczął wprowadzać reformy, chcąc by cała obrzędowość była zgodna z grecką liturgią, którą uważał za doskonałą. Pewna część ludzi nie zgadzała się z nim i nie była skora do zmian.

 

 

Nie zmienili sposobu robienia znaku krzyża (Nikon nakazał robić go trzema palcami, a nie dwoma), nie podobał im się nakaz śpiewu polifonicznego (wkrótce do posłuchania na naszej stronie), księgi zostały poprawione zgodnie z greckimi oryginałami, nie zgodzili się na zmianę pisowni imienia Jezus. Nie godząc się na te wszystkie zmiany odeszli od kościoła prawosławnego. Zdarzały się przypadki samobójstw – część starowierców stwierdziła, że skoro zostali pozbawieni wszystkich sakramentów i kapłanów, to jedyny sposób na oczyszczenie się i powrót do Boga to samospalenie. Chcąc się oczyścić zamykali się w cerkwiach, ze swoimi rodzinami, księgami i podkładano ogień.

Część Starowierców uciekała przed prześladowaniem - najpierw w głąb Rosji, z czasem zaczęli przekraczać granice i tu szukać spokoju. Dziś można ich spotkać w wielu zakątkach ziemi: w Polsce, Rumunii, Ukrainie, USA, Australii. W Polsce żyją na Suwalszczyźnie i Mazurach i jest ich około 3000.

 

 

Uciekając przed prześladowaniami Starowiercy trafili m.in. do Rumunii. W Rumunii nazywani są Lipowianami – od niewielkiej miejscowości na Bukowinie. My poznaliśmy ich w Slava Rusa, w okolicach osławionego przez Andrzeja Stasiuka Babadag. W tej wiosce mieszkają sami potomkowie uciekinierów z Rosji. Mówią językiem starorosyjskim, mają swoje stroje, mężczyźni nie golą brody (podobno od 18 roku życia).

 

 

W Slava Rusa mieści się też jedyny na świecie klasztor żeński Starowierców. Oczywiście musieliśmy go zobaczyć. Klasztor żeński, a więc i same kobiety tu mieszkają, pracują i modlą się. I teraz stereotypowo powiem, że nie widać tu ręki mężczyzny – ledwo stojące domki, odrapana cerkiew, strasznie hałaśliwa brama wejściowa i wszystko zarośnięte chaszczami (choć w ogródkach pięknie wszystko rosło).

 

 

 

W zasadzie nie ma się co dziwić – mieszka tu około 20 kobiet z czego tylko pięć młodych. Rozmawiając z matulą, jak nazywają tu matkę przełożoną, chcieliśmy się dużo dowiedzieć, ale ona chciała się tylko dowiedzieć, czy może znajdą się w Polsce chętne kobiety by przyjechać w okolice Delty Dunaju i już tu zostać na stałe. Tak więc, dziewczyny, jeśli chcecie zaznać klasztornego życia w uroczym zakątku Rumunii dajcie znać!!!